piątek, 11 grudnia 2009

Kalimantan - Palangkaraya, Kereng, Camp, Sebangau National Park

Powracam po wyjatkowo dlugiej przerwie. Nie mam nic na swoje usprawiedliwienie, moze poza tym, ze brakuje mi czasu i prawde mowiac ostatnio troche sie rozleniwilam.

Od czasu jak opuscilam Tangkoko i przylecialam do Jakarty, a nastepnego dnia wylecialam do Palangarayi, wiele sie wydarzylo. Jako, ze za duzo mam zaleglosci w pisaniu i trudno bedzie to nadrobic postanowilam, ze zamiast wyczerpujacych opisow bedzie foto story.


29 pazdziernik. Po nocy spedzonej w miescie, w domu wynajmowanym przez OuTrop, wybralam sie nareszcie do obozu. Z Palangkarayi do Kereng angkotem, z Kereng przeprawilam sie przez rzeke klotokiem (lodzia z silnikiem, ktora trudno okreslic mianem motorowki :)) do 'stacji' lori. Na zdjeciu widoczna lori i prowadzacy ja Dewa i Adul. Jako, ze zaczela sie juz pora deszczowa, przez cala droge towarzyszyl mi obfity deszcz.

Pierwszy dzien w Sebangau i prosze od razu Sumatran pit-viper (Trimeresurus sumatranus).
W zeszlym roku, przez 2 miesiace nie spotkalam ani jednego. Ale na tym nie koniec, zaraz potem spotkalismy Czerwone Langury - Red Leaf Monkey (Presbytis rubicunda) gatunek endemiczny dla Borneo, zdjecia niestety nie udalo mi sie zrobic, a takze wiele innych interesujacych gatunkow zwierzat, w tym wytesknione Orangutany.


Peat-swamp - o tej porze roku las powinien byc juz zalany woda, niestety nie jest,
wszystko przez zbyt dluga pore sucha i sierpniowe pozary.
A tak chcialam zobaczyc i sprobowac swoich sil w lasie,
w ktorym brodzi sie po kolana w wodzie.
No trudno, bede musiala wybrac sie tu raz jeszcze... :)

A oto cel mojej wyprawy do lasu - Orangutany.
Na zdjeciu Indah i Isabella, matka z corka.
Ta sama pare obserwowalam ponad rok temu!
Mialam niesamowite szczescie, gdyz przez minione 3 tygodnie nikt nie widzial tu Orangutanow. Przeniosly sie daleko w glab lasu w poszukiwaniu pokarmu.

Dlatego obawialam sie, ze nie uda mi sie ich w tym roku zobaczyc. To byl jednak szczesliwy dzien! Rewelacja! Usmiech nie schodzil z mojej twarzy do samego wieczoru, smiem przypuszczac ze utrzylam sie tez w trakcie snu :).

Jak to dobrze znow spotkac Orangutany!


W tym dniu na kazdym kroku spotykalam jakies zwierze.
Tego osobnika niestety jeszcze nie zidentyfikowalam.


Dewa. Adul i Santi po powrocie z lasu, segreguja zebrany material
i przygotowuja go do dalszych analiz.

Hendri umila chlopakom prace graniem i spiewaniem.
Zupelnie jak za dawnych czasow.
Brakowalo mi tego, bardzo mi brakowalo tej atmosfery!

Oboz. Taki jakim go zapamietalam, choc nieco ulepszony i rozbudowany.


Tradycyjna rozrywka. Po pracy nie mozna nie zagrac,
trzeba przeciez zmeczyc sie jeszcze bardziej :).
Mecz miedzy Santim, a Hendrim, nie jestem pewna, ale chyba Santi go wygral.
Knock-knock-knockin' on heaven's door
Knock-knock-knockin' on heaven's door
Knock-knock-knockin' on heaven's door....
Niektore rzeczy nigdy sie nie zmieniaja, Santi wciaz gra
te same utwory i spiewa tym samym zachrypnietym,
rokowym glosem. Kazda chwila spedzona w obozie
przywolywala zeszloroczne wspomnienia.
Santi ozenil sie w kwietniu, nie mieszka juz w stacji,
ale gdy sie w niej zjawia, wszystko wydaje sie byc jak dawniej.
Zupelnie jakby czas sie zatrzymal...


Zeszloroczna ekipa w niemal pelnym skladzie.
Od lewej: Yudhi, Adul, Dewa, Hendri, Santi, Udin (nowy asystent) i ja.


Koniec tego dobrego, droga powrotna do Kereng i kolejne pozegnanie...
Kto wie, moze jeszcze kiedys tu wroce, moze z wlasnym projektem...
Chcialabym, tak bardzo bym chciala...



Liz, ktory odwiozl mnie do stacji i zorganizowal transport do Kereng.
Szkoda, ze nie moglam zostac dluzej...


Widok na wioske od strony rzeki, domy wyniesione ponad powierzchnie wody, gdyz w
sezonie deszczowym jej poziom znacznie sie podnosi.


Kereng, stad do obozu juz tylko 15 minut klotokiem,
a do Palangkarayi 25 minut jazdy angkotem.
Tu zaczela sie moja kolejna podroz - motocyklem do Banjarmasin.

2 komentarze:

  1. Anka pisz koniecznie jak najczęściej bo brakuje mi Twoich relacji!! Pozdrawiam gorąco.

    OdpowiedzUsuń