niedziela, 28 lutego 2010

Wtorek. 23 lutego

Sipiso piso air terjun.


Danau Toba.


Zaczne od tego, ze wciaz jestem w Berastagi.

Tuz przed wschodem slonca obudzil mnie deszcz, przez co zostalam w lozku dluzej niz planowalam. Gdy otworzylam oczy po raz drugi, niebo rozjasnialo pelne slonce. Zgodnie wiec z pierwotnym planem, wybralam sie nad wodospad Sipiso-piso. Jak zwykle zasiegnelam jezyka w

hotelu skad, czym i za ile do celu. Z chlopakiem, ktory dzien w dzien udziela mi informacji i odpowiada na setki pytan, prawie sie juz zaprzyjaznilam. Dlatego tez, pozwolilam sobie wytknac mu mocno wygorowana cene wynajmu motorow. Otoz wczoraj wpadlam na genialny pomysl wynajecia motoru i odkrywania okolic miasteczka na wlasna reke. Okazalo sie, ze hotel w ktorym mieszkam dysponuje motorami do wynajecia. Niemniej, gdy uslyszalam cene, scielo mnie z nog.

100.000 Rp za dzien, za polaltomat w podeszlym wieku, na oko watpliwej i niepelnej sprawnosci. Wyrazilam powazne oburzenie, powiedzialam, ze nie zaplace wiecej niz 35.000Rp i ze za tyle wypozyczalam takowe i lepsze maszyny odpowiednio w Bogor na Javie i w Ubud na Bali. Rano cena nie zmienila sie, w zwiazku z czym wybralam transport publiczny.


Z Berastagi pojechalam do Kebanjahe, co trwalo 20 minut jazdy angkotem i kosztowalo 3.000Rp. Tam przesiadlam sie do busa, chcialam dojechac do Merek. Po krotkiej, acz konkretnej rozmowie z kierowca wyszlo na jaw, ze ten przejezdza niedaleko zjazdu w kierunku wodospadu, wiec zaoferowal, ze tam mnie wyrzuci. Tak tez zrobil, zanim zdazylam wyciagnac pieniadze, zeby za przejazd zaplacic, bus znikal mi z pola widzenia. Nie wiem, czy juz o tym wspominalam, ale w Indonezji, gdzie by to nie bylo, kierowcy rzadko zatrzymuja sie pozwalajac posazerom wysiasc, z wyjatkiem pierwszej i ostatniej stacji oczywiscie. Jesli zyczy sie sobie oposcic pojazd na trasie, nalezy powiadomic kierowce, a ten zwolni, choc nie na dlugo, wiec refleks jest tu raczej pomocny. Na pelne zatrzymanie sie pojazdu nie ma co liczyc, natomiast na pomoc w postaci energicznego wyladowania bagazu i/lub pospieszajacego szturchanca, jak najbardziej :). Tak wiec, jako, ze nikt w trakcie jazdy nie wyciagnal reki po pieniadze, planowalam zaplacic przy wysiadaniu, zanim zdazylam to zrobic bus odjechal. Owa przejazdzka - 1,5 godzinna, choc bylaby dluzsza, gdyby kierowca z uporem maniaka nie lekcewazyl tragicznego stanu drog, nadmiernej predkosci i bardzo ryzykownych manewrow, powinna byla kosztowac mnie 10.000Rp.

W miejscu, w ktorym wysiadlam nie wzbudzilam nadmiernego zainteresowania, nikt nie krzyczal 'becak?!', 'ojek?!', 'mau ke mana?!' (co znaczy 'dokad?'). Korzystajac z tak nietypowej sytuacji, spacerem udalam sie przed siebie. A przede mna snula sie asfaltowa droga, po stronach ktorej rozposcieraly sie plantacje pomidorow. Rzadka, prowizoryczna zabudowa, praktycznie zerowy ruch, kilka osob pracujacych w polu zajetych do tego stopnia, ze szkoda im bylo czasu zerknac w moim kierunku, lejacy sie z nieba zar, cisza i spokoj, wszystko to koilo moje mocno nadwyrezone nerwy. Piekne widoki, rysujace sie w oddali gory i wzgorza porosniete lasem zapowiadaly bardzo przyjemny dzien. Po okolo 20 minutach spaceru trafilam na znak witajacy turystow i informujacy, ze na szczyt wzgorza Sipiso-piso prowadzi 3 kilometrowa droga, ani slowa o wodospadzie. Po raz kolejny przekonalam sie, ze bedac na Sumatrze, a przynajmniej w jej polnocnej czesci, trzeba wiedziec gdzie chce sie dotrzec, gdzie to miejsce sie znajduje i jaka droga tam prowadzi. Znakow, reklam, czy drogowskazow do nawet najpopularniejszych pod wzgledem turystycznym miejsc - brak. Zajrzalam do pobliskiego domu, gdzie uslyszalam, ze do wodospadu jeszcze kawalek, prosto glowna droga.

Zamyslona ruszylam dalej. Zza ktoregos z kolejnych zakretow wylonil sie widok, jakiego sie nie spodziewalam. Oto wpatrywalam sie w slawne jezioro Toba. Najwieksze nie tylko na Sumatrze, ale w calej południowo-wschodniej Azji. Dopiero po kilku minutach podziwiania widoku skierowalam swe kroki w kierunku wodospadu. Niedlugo potem natrafilam na brame, gdzie kilku panow witalo turystow i poberalo oplate za wstep, koszt 2.000 Rp. Od razu ruszylam w dol wodospadu, gdzie prowadzily dlugie schody. Po drodze minelam tylko jedna osobe, idaca w przeciwnym kierunku. Przystajac co i rusz wchlanialam widok. Absolutny brak turystow cieszyl mnie niezmiernie. W Indonezji nigdzie nie jest sie samemu, nawet jesli podrozujesz sam(a), a zwlaszcza wtedy, zainteresowanie jakie wzbudzasz wsrod miejscowych jest ogromne, a wraz z tym wzrasta ich chec dotrzymania ci towarzystwa. Po kilku miesiacach spedzonych w tym kraju, zaczyna sie doceniac chwile, gdy mozna pobyc samemu ze soba.


Pogoda, ktora sprawiala wrazenie, ze ma ochote sie zmienic, zaprzestala na sprawianiu wrazenia. W pelnym sloncu, czasem tylko przyslanianym przez chmury, przemoczona od rozpryskujacej sie z olbrzymia sila wody, ktora spada tu z wysokosci 120 m, cieszylam sie kazda minuta tego popoludnia.

Gdy ponownie wspielam sie na gore i oderwalam wreszcie wzrok od wodospadu zwrocilam go w przeciwnym kierunku, gdzie moglam podziwiac jezioro Toba. Katem oka zobaczylam chlopaka robiacego zdjecia. Nie telefonem, jak wszyscy maja to tu w zwyczaju, a aparatem. Pozazdroscilam mu, przeklinajac w myslach pomysl zostawienia mojego w Ketambe. Gdy minelam go w drodze do wyjscia, zapytalam, czy nie mialby nic przeciwko, zeby pozyczyc mi aparat na kilka minut. Zgodzil sie bez wahania. Uzylam swojej karty pamieci, ktora nie tak znow przypadkiem mialam przy sobie. Pstryknelam kilka fotek, podziekowalam i oddalam aparat. Chlopak niesmialo zapytal, czy mozemy zrobic sobie wspolne zdjecie. Nie odmowilam, w koncu wyswiadczyl mi przysluge. Pozegnalam sie i udalam w droge powrotna, tym razem naprawde zanosilo sie na deszcz. Po 1o minutach dogonil mnie motor, a na nim chlopak od aparatu. Zapytal dokad ide, odpowiedzialam ze do Merek. Zaproponowal, ze mnie podwiezie, bo jedzie w tamtym kierunku. Wsiadlam bez wahania. Nie dlatego, ze zapomnialam juz wczorajsze, meczace towarzystwo, a dlatego, ze ten chlopak byl zupelnie inny. Nie natretny, nieco niesmialy, mily i dobrze mu z oczu patrzylo. W trakcie rozmowy, okazalo sie, ze Janner jest z Medan i tam wlasnie jedzie. Co oznaczalo, ze bedzie przejezdzal przez Berastagi i z miejsca zapytal, czy moze mnie podwiezc do celu. Pewnie, ze sie zgodzilam. Dawno nie jezdzilam motorem, nawet jako pasazer i to byla swietna okazja. Co prawda zlapal nas po drodze deszcz, a jazda nawet motorem, po dziurawych i wyboistych drogach polnocnej Sumatry nie nalezy do najbezpieczniejszych i najprzyjemniejszych, to i tak ta przejazdzka byla o niebo lepsza, niz powrot busem.

Zatrzymalismy sie w kilku miejscach, gdzie Janner zrobil zdjecia pomnikom i przy okazji opowiedział mi nieco historii. Przy tym okazalo sie, ze studiuje lesnictwo, wiec mielismy o czym rozmawiac. Zainteresowal go fakt, ze bede (przy odrobinie wysilku urzednikow) pracowac w Ketambe. Gdy dotarlismy do Berastagi, wymienilismy sie mailami i kto wie, moze jak bede w Medan jeszcze sie spotkamy. Ciesze sie ze go poznalam, bo takich wlasnie ludzi poznawalam do tej pory, milych i bezinteresownych. Wczorajsze spotkanie zostalo zatarte i uznane za wyjatek od reguly.

Wieczorem zadzwonil do mnie Pak Agil przepraszajac (o dziwo!) za opoznienia i wyjasniajac dlaczego wydanie mi pozwolenia (SIMAKSI) tak dlugo trwa. Ponownie bowiem RISTEK wyslal do PHKA dokumenty zawierajace bledy. Ponownie, znaczy po raz drugi! Choc postanowilam sie nie denerwowac, nie latwo mi bylo postanowienia dotrzymac. Medan musi poczekac, Ketambe musi poczekac, ja znow mam byc cierpliwa i czekac. Za duzo cos tego czekania! Przegryzajac kolejny kawalek roti cane pomyslalam, ze jesli pogoda dopisze, jutro zdobede drugi z wulkanow – Sinabung. Zaraz potem zaczela sie burza, jakiej jeszcze w Indonezji nie widzialam…

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz