środa, 28 marca 2012

Powrót do miasta // On the way back to town

Następnego dnia po powodzi, z samego rana mieliśmy wyruszyć w drogę powrotną do Palangkarayi. Poziom wody opadł pomimo tego, że w nocy znów padało. Gdy się obudziłam deszcz już ustawał. Tak zwykle bywa. Pada w nocy, a przed 8 zwykle przestaje. Niestety, po śniadaniu znów zaczęło padać i to z minuty na minutę coraz mocniej. Nie mogliśmy dłużej czekać, więc ruszyliśmy łodziami w dół rzeki w deszczu, przekonani, że za chwilę przestanie. Po 2 godzinach dotarliśmy do Tumbang Tohan. Deszcz nie ustał, zamienił się za to w solidną ulewę. Zrobiliśmy krótką przerwę na kawę, która nieco nas od środka ogrzała i musieliśmy ruszyć w dalszą podróż. Po kolejnych 3 godzinach deszcz w końcu ustał. Przez ostatnie 30 minut na łodzi wiatr nas nawet względnie osuszył. Dotarliśmy do Camp B gdzie już czekały na nas samochody. Wyszło słońce i w drodze do Batu Ampar wyschliśmy już zupełnie. Wszystko szło sprawnie. Podróż pomimo tego, że z uwagi na deszcz trudna i wyczerpująca przebiegała nadzwyczaj szybko. Wszystko dlatego, że płynęliśmy w dół rzeki, która po deszczach mocno wezbrała, co przełożyło się na prędkość. Do czasu. Na 20 minut przed celem tj. Batu Ampar samochody stanęły. Podniosłam głowę, żeby zobaczyć co jest grane i mym oczom ukazała się rzeka. Rzeka, która przecinała nam drogę. Rwąca, szeroka rzeka, której słowo daję w drodze do obozu tu nie było! Po obu jej stronach stały samochody. Kierowca wyjaśnił, że w nocy padało i oto skutek. Powiedział, że musimy czekać aż poziom wody opadnie. Była 16.00 gdy się zatrzymaliśmy. Po 2 godzinach woda owszem nieco opadła, ale nie wiele. Część z osób przeprawiła się na drugi brzeg przechodząc, ale co z tego jeśli samochody zostały. Łatwiej mieli ci na motorach, kilka osób było w stanie je przenieść. Pomyślałam, że będziemy musieli wrócić do Camp B i spróbować następnego dnia. To oczywiście nam wybitnie nie pasowało, bo mieliśmy już kupione bilety na samolot (ja miałam lecieć lada dzień do Singapuru).

W ciągu kolejnych 15 minut zaczęło się ściemniać i jeden z kierowców podjął decyzję, że spróbuje przejechać. Wydało mi się to niemożliwe do wykonania, ale co ja wiem :). Kierowca zdeterminowany kazał nam przejść na drugą stronę. Skrupuły miał tylko co do mnie. Bo z jednej strony nie chciał, żebym się zmoczyła, a z drugiej wyjątkowo nie chciał mnie zabrać samochodem gdyż cytuję: jeśli prąd przewróci samochód i woda go porwie to zginiemy oboje. Przyznam szczerze, nie miałam ochoty znów być mokra, ale za nic nie wsiadłabym do tego samochodu. Przeszliśmy wszyscy, stanęliśmy na brzegu i obserwowaliśmy co się zaraz stanie. Przyznam szczerze, że chwilami nie mogłam na to patrzeć. Pomijam fakt, że wszystkie nasze rzeczy dokument itd zostały w samochodzie. Wtedy o tym nie myślałam. Patrzyłam tylko z niedowierzaniem, że kierowca w ogóle podejmuje próbę i, że musi mieć stalowe nerwy, żeby się na to odważyć.
Przejechał skubaniec, woda sięgała połowy samochodu ale dał radę! Po raz kolejny przekonałam się, że rzeczy niemożliwe to w Indonezji zupełnie inna kategoria.

Przemoczeni od pasa w dół – zwłaszcza ja, bo panowie sprytnie pościągali spodnie, co mnie oczywiście nie wypadało, wsiedliśmy do samochodu i po 20 minutach jedliśmy już kolację w Batu Ampar. Było już ciemno gdy wsiadaliśmy na motorówkę. Przez chwilę mieliśmy nadzieję, że zabierze nas ona prosto do Puruk Cahu, ale właściciel łodzi odmówił. Ponieważ było już ciemno, a rzeka niosła ze sobą olbrzymie ilości połamanych drzew, gałęzi itp, uznał że wyprawa jest zbyt niebezpieczna. Co znaczy, że istnieją w tym kraju granice bezpieczeństwa i najwyraźniej wcześniejsza przeprawa samochodu przez rzekę się w nich mieściła.

Noc spędziliśmy w pływającym hotelu. Byłam zachwycona: zamykane mandi, prawdziwe łóżko, czego chcieć więcej? I wtedy pomyślałam, że pewnie moja rodzina i wszyscy znajomi uznaliby, że coś ze mną nie tak jeśli to miejsce, gdzie spędziliśmy noc uznałam za luksusowe :).

Następnego dnia już o 5tej rano płynęliśmy w dół rzeki do Puruk Cahu, skąd przesiedliśmy się na samochód. Tym razem droga do Palangkarayi zajęła nam 12 godzin. Pamiętna poprzedniej jazdy przepytałam wszystkich kolegów, czy źle znoszą jazdę samochodem. Tylko jeden z trzech powiedział, że nie ma kłopotów żołądkowych w czasie jazdy. Oczywiście wybrałam jego. Już w pierwszych 20 minutach jazdy się rozchorował...

Rzeka powstała na skutek deszczu. 
Za widoczną na zdjęciu kłodą głębokość wody dochodziła do ponad metra. 
Wcześniej istniejąca w tym miejscu w miarę utwardzona droga
 została rozmyta przez silny prąd. 
//
River which appeared after a rain. 
In a middle of it, behind the log the water level reached over a meter.



Pływający hotel
//
Floating hotel

--
The day after the flood, in the morning, we were leaving for Palangkaraya. The water level dropped despite the fact that at night it rained again. When I woke up the rain has stopped. That usually happens. It rains at night and stops before 8 am. Unfortunately, after breakfast, it started to rain again more and more by the minute. We could not wait any longer so w we went by boat down the river under the rain hoping it will stop soon. After 2 hours we reached the Tumbang Tohan village. The rain did not stop instead it turned in a solid downpour. We took a short break for coffee, which has slightly warmed us up from the inside, and then we continued the trip. After another three hours the rain finally stopped. During last 30 minutes on the boat the wind dried us up a little. We got to Camp B and change for cars. Everything was going smoothly. Trip, even though exhausting, was very quick. That's because we traveled down the river but also because water level rose due the heavy rain. At 20 minutes before the destination which was Batu Ampar cars stooped. I looked up to see what is going on and what I saw was a river. Wide and fast flowing river which was not there on our way to the camp 3 weeks ago!
On each side there were cars waiting. The driver explained that this is an effect of one night long, solid rain. He said that we have to wait until the water level drops to the level which will make it possible to cross. It was 4 pm when we stopped. After 2 hours the water had dropped indeed but just slightly. Some people crossed to the other side carrying their motorcycles but cars were still immobilized. I thought that we would have to return to Camp B and try the next day. This of course did not suit us remarkably, because we had already bought plane tickets (I had to fly to Singapore very soon).
Within next 15 minutes it started to get dark so one driver decided he'd try to cross. I thought that was impossible to do, but what do I know :). Determined driver told us to go to the other side. He didn’t really want me to go by foot as he wanted to save me getting wet again but he also didn’t want to risk. He explained that he is afraid to take me by car because, and here is a quote: car may fall over, be taken with the current and then we both die. Frankly, I did not want to get into this car in the first place. I seriously didn’t believe it is possible. So we all crossed and stood on the other side watching what was going to happen. It was scary. I watched in disbelief what the driver is about to do. Well I didn’t really want to watch it but I bet you know that feeling when something is so unbelievable that even you don’t want to see it you look anyway? He managed to cross. Water reached half of the car’s height but he did it! Once again, I found out that the impossible in Indonesia fall into completely different category.

Wet and cold again - especially me, because guys were smart enough to take off their pants (I couldn’t obviously, for the same reason I take shower fully dressed) we got into the car and 20 minutes later ate dinner in Batu Ampar. It was dark when we got on the speedboat. For a while we hoped that it will take us straight to Puruk Cahu, but the boat owner refused. Because it was dark, and the river carried many broken trees, branches, etc., he informed us that such a long trip is too dangerous and he can only take us to nearest village. That would mean that there are some safety limits and apparently the car crossing the river earlier that day did not qualified for being too dangerous :).

We spent the night in a floating hotel. I was delighted to take shower in closed mandi and sleep in real bed, what more could I want? And then I thought that probably all of my family and friends would think I am crazy to consider this place as an luxury one :).

Next day we continued with speedboat to Puruk Cahu from where we took the car to Palangkaraya. This time it took as 12 hours. Before we got into the cars I interviewed all guys to find out who is getting car sick. Only one said he doesn’t so of course I choose him. Once we left Puruk Cahu I already knew that my choice wasn’t good. Taufik got sick within first 20 minutes…


niedziela, 25 marca 2012

Powódź // The flood

Obudziłam się dziś rano, dla porządku dodam że jest to środa 14 marca, i udałam w stronę miejsca, gdzie mamy toaletę. Zdziwiłam się, gdyż już w połowie drogi natknęłam się na rzekę. W pierwszej chwili nie wiedziałam co jest grane. Należę do tych osób, które pomimo osiągnięcia pozycji pionowej z samego rana, do pełnej sprawności potrzebują też solidnej dawki kofeiny. Dlatego dopiero po 30 sekundach dotarło do mnie, że rzeka w wyniku nocnej ulewy podniosła się do tak wysokiego poziomu, jak jeszcze nigdy wcześniej. Wypiłam poranną kawę, dokończyłam czytać książkę i zaczęłam rozglądać się po obozie. Okazało się, że woda podchodzi nas także od drugiej strony i pomimo faktu, że deszcz już dawno ustał, jej poziom wciąż się podnosi...

Moim zadaniem dziś było wyszukać jedną z samic orangutanów. Ponieważ w wyniku deszczu chodzenie po lesie zostało delikatnie mówiąc utrudnione, wybraliśmy się łodzią w górę rzeki sprawdzić, czy natkniemy się na sygnał któregoś z wypuszczonych orangutanów. Wyprawa łodzią choć przyjemna, nie przyniosła rezultatów, co więcej, okazało się, że zejście na ląd powyżej obozu jest niemal niemożliwe. Po dwóch godzinach wróciliśmy do obozu. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że woda otacza nas już bardzo ścisłym kręgiem z każdej strony, a w niektórych miejscach wkroczyła wręcz do obozu, ot choćby pod moje ryżowe łóżko. Niestety jej poziom wciąż się podnosił... Co prawda część z nas, w tym i ja, jutro wybiera się w drogę do Palangkarayi, to jednak nie zmienia faktu, że wszystkim nam zależy, żeby woda wreszcie zaczęła opadać i nie podtopiła nam wszystkiego.
Ta postępująca powódź utrudnia nam również pewne istotne prace konstrukcyjne. Otóż wczoraj wieczorem przybył do obozu człowiek, który ma nam doprowadzić wodę pitną, tj. wodę gruntową. Taką, której po pierwsze nie będziemy musieli gotować, a po drugie, która będzie przejrzysta i bezbarwna. Tą, którą pijemy teraz czerpiemy z rzeki, a jej kolor przypomina kolor średnio zaparzonej herbaty. Ponieważ ten człowiek musi jutro opuścić obóz pracuje mimo niesprzyjających warunków. To jedna z istotnych zalet Indonezyjczyków, nie przestają pracować z byle powodu, ba nie przestają nawet z tych poważnych. Ich pomysłowość i zaradność jest chwilami zaskakująca. Poniżej kilka zdjęć na dowód.

Około godziny 15:00 poziom wody przestał się podnosić, prawie dokładnie w chwili, gdy znów zaczęło padać... Cóż prawdziwa pora deszczowa :).

Jeśli się dobrze przyjrzeć można zauważyć, że z tyłu błyszczy się woda :) 
//
If you look carefully you will notice water behind the pondok.

Czasem, jak tego dnia, szukać orangutanów można wyłącznie z łodzi, 
gdyż inne opcje poruszania się po lesie są niemożliwe.
//
Sometimes we can look for orangutans only from the boat 
because walking in the forest is not really possible.
(photo by Simon)

Poświęcenie z jakim prowadzono pracę by wyposażyć obóz w ujęcie wody pitnej.
//
Dedication with which the work was carried out to supply the camp 
with direct access to drinking water.

Ja obok mojego ryżowego łóżka. To jeden z powodów dla których są one umieszczone nad ziemią.
//
Me next to my rice sacks bed, here is one of the reasons why these are above the ground. 
 (photo by Simon)

To się nazywa pracować w trudnych warunkach.
//
Work under not necessairly the easiest conditions.
(photo by Ahmat)

Woda wkraczająca na teren kuchni. 
Dla jasności dodam, że rzeka znajduje się po drugiej stronie obozu.
//
Water dangerously close to the kitchen area. 
For the record - river is on the other side of the camp.
(photo by Ahmat)

Pod tą płachtą zwykle stał generator prądu, a rzeka zazwyczaj płynie ok 15 m poniżej.
//
Under that white "roof" we used to keep power generator. 
Normally the river is 15 m away down the sloop.

Ekipa w komplecie (z wyjątkiem Ahmata, który zrobił zdjęcie)
//
The Team 
(photo by Ahmat)

--

I woke up this morning, for the record it is Wednesday 14 March, and I went toward the place where we have a toilet. I was surprised because in half way I came across a river. At first I did not know what is going on. I am one of those people who despite reaching vertical position in the morning are not fully awake until having a solid intake of caffeine. So it took me 30 seconds to realize that the river rose over night, as a result of heavy rain, and reached as high water level as never before. I had my coffee and finished reading the book, then started to look around the camp. It turned out that water come from the other side as well, and even though the rain stopped few hours ago, its level continues to rise...

My job for today was to find one of the female orangutans. Because of the flood walking in the jungle was just too difficult. Instead we went by boat up the river to see if we will catch a signal of any of our released orangutans. Boat tour though pleasant, did not bring results. Moreover we couldn’t find a good place to enter the forest by foot. After two hours we returned to camp. To my surprise, it turned out that the water was now entering our camp and still rising. Even though some of us, including me, tomorrow suppose to leave the camp and go to Palangkaraya we still wished for the water to drop as soon as possible.

The day of the flood we also had some serious construction work happening in the camp. Last night a man came to the camp to get us a drinking water access. Meaning that first, we will not have to boil water any more, and second, that is going to be clear and colorless. The water we drink now is taken from the river and its color resembles the color of brewed tea. Because this man has only one day to finish his job he is forced to work regardless the difficult conditions and, what even more important, he does and everyone is helpinghim. This is one of the advantages of Indonesians, they do not stop working even if the work is almost impossible to be completed because of, like in this case, weather circumstances. Their ingenuity and resourcefulness is sometimes surprising.

Eventually at 3 pm water level stopped rising just about the time when it started to rain again... Well what can I say, it is a real rainy season :)

sobota, 24 marca 2012

Obóz // The camp

Jestem pewna, że większość z Was czeka na informacje o tym w jakich warunkach żyję. No to czas najwyższy te warunki pokazać :).

Nasz obóz jest dość podstawowy, ale mamy takie udogodnienie jak np. generator prądu. W zasadzie, jest to miejsce kontrastów. Mamy na przykład cementowe lądowisko dla helikoptera ale śpimy na łóżkach ryżowych, jeden obok drugiego, pod olbrzymim swego rodzaju namiotem. Łóżka umieszczone są nad ziemią, co łatwiej zobaczyć na zdjęciu niż opisać. Kąpiemy się w rzece, która służy nam także za źródło wody pitnej (po przegotowaniu). Rzeka jest dość spora i w porze deszczowej, która obecnie trwa, potrafi bardzo przybrać. Przy podwyższonym poziomie wody i wzmożonym prądzie kąpiel jest znacznie utrudniona. W ogóle kąpiel to mocne słowo zwłaszcza w odniesieniu do mnie. Jako jedyna dziewczyna w tym gronie i w ogóle z zasady jako płeć przeciwna, muszę być wiecznie ubrana i pozasłaniana. To tyczy się także kąpieli. W związku z tym opatulona w sarong wchodzę do rzeki i większość czasu ustawiam się tak, żeby mi tej chusty prąd nie porwał. Pierwszą rzeczą jaką zakupię, gdy tylko dotrę do miasta, będą spodenki. Takie za kolano oczywiście, co by nie gorszyć współmieszkańców obozu :).

Mogłabym w szczegółach opisać to miejsce, ale zdjęcia będą w tym przypadku lepsze, więc zamieszczam kilka. W czasie mojego poprzedniego pobytu w Indonezji miałam w planach porównać warunki życia w różnych obozach, w których miałam okazję dłużej lub krócej mieszkać. Nigdy tego nie zrobiłam, więc jest dobra okazja by zrobić to teraz. Porównanie odnosić się będzie do stacji badawczych w: Sebangau – Borneo, Tankgoko – Sulawesi, Ketambe – Sumatra, no i oczywiście tej, w której mieszkam aktualnie - Bukit Batikap na Borneo.

Prąd mieliśmy wszędzie, z tym że w Sebangau i Tangkoko pochodził on częściowo z baterii słonecznych, podczas gdzy w Ketambe i tutaj w całości jest to energia z generatora zasilanego benzyną. Prąd jak wszędzie mamy zwykle wieczorami, choć w miarę potrzeby można generator uruchomić także w środku dnia.

Łazienki, czyli tzw. mandi. We wszystkich miejscach, z wyjątkiem tego mieliśmy mandi. Wyznaczone do kąpieli pomieszczenia, gdzie nie trzeba było brać prysznica w ubraniu. Pod tym względem najbardziej luksusowo było w  Ketambe, bo mandi znajdowało się w każdym z  domków, więc każdy miał swoje prywatne. W Sebangau i Tangkoko mandi było wspólne, ale było. Ponadto wszystkie ze stacji położone były w pobliżu wody. W Ketambe także mieliśmy rzekę, która służyła nam jednak jako miejsce do rekreacyjnego pływania, a nie codziennej kąpieli. W Sebangau, choć w pewnym oddaleniu od obozu, rzeka również była, więc i tu można było od czasu do czasu popływać. W Tangkoko natomiast w odległości 10 m od domków, w których mieszkaliśmy, mieliśmy plaże i morze co sprawiało, że w dni wolne, człowiek czuł się niemal jak na wakacjach!

Kuchnia. Tu jest spora różnica. Otóż we wszystkich miejscach mieliśmy kucharki, które dla nas gotowały, lepiej lub gorzej, ale jednak. Posiłki były zawsze gotowe i rano przed wyjściem do lasu i wieczorem po powrocie. Na specjalne wyróżnienie zasługuje kuchnia w Tangkoko, gdzie jak nigdzie indziej jedzenie było fantastyczne i każdy, niezależnie od upodobań zawsze znalazł coś dla siebie. Muszę też wspomnieć, że wszędzie fakt, że nie jem mięsa był uwzględniony przy przygotowaniu posiłków. Najsłabiej ta kwestia wyglądała w Ketambe, ale dziewczyny się starały. Tutaj nie mamy nikogo kto by nam gotował i robimy to sami w systemie zmianowym. Część posiłków jednak muszę sobie przygotowywać sama, głównie śniadania i lunche w dni kiedy wychodzę do lasu przed 5tą rano. Niemniej w pozostałe dni, gdy pracuję o bardziej rozsądnej porze, koledzy zawsze przygotowują coś specjalnie dla mnie. Zwykle są to smażone lub gotowane warzywa (głównie ziemniaki, czasem marchew lub fasola z puszki) no i jajka. Na te ostatnie jednak niechętnie spoglądam, chyba na skutek urazu, którego nabawiłam się w Ketambe, gdzie jajka zdarzało się jeść 3 razy dziennie przez blisko dwa miesiące...

Zakwaterowanie. W tym punkcie różnica między naszym obecnym obozem a innymi jest chyba największa. Wszędzie bowiem miałam dach nad głową, a w okół ściany. Tu moskitiera wyznacza moją bardzo niewielką przestrzeń. Za dach służy płachta, która chroni nas od deszczu. Zwykle jednak, przy bardzo silnych opadach przecieka nieco, więc muszę przyznać, że doceniam coraz bardziej tak wydawać by się mogło podstawą kwestię jak dach nad głową. Ponadto, w Ketambe i Tangkoko spałam na prawdziwym łóżku, a w Ketambe nawet na wygodnym materacu. W Sebangau spaliśmy na podłodze na materacach, tu natomiast na łóżkach ryżowych umocowanych nad ziemią, Wygodne i owszem, ale na dłuższą metę także męczące. Wszystko dlatego, że są wąskie, przez co wymuszają pozycję, jak ja ją nazywam, trumienną. Zresztą przez to, że zapadają się do środka skojarzenie z trumną nasuwa się samo :). Dla kogoś kto najlepiej odpoczywa w pozycji embrionalnej, łóżko ryżowe nie jest spełnieniem marzeń.

Jeszcze jedną zasadniczą różnicą jest nasze oddalenie od cywilizacji. W Tangkoko najbliższa wioska znajdowała się jakieś 15 do 20 min jazdy motorem. W nieco ponad 2 godziny można było dotrzeć do Manado – dużego miasta, gdzie zakupić można niemal wszystko. W Sebangau do najbliższej wioski trzeba się było wybrać czymś w rodzaju kolejki a następnie łodzią, co zajmowało ok 40 minut, w kolejne 20 minut jazdy samochodem docierało się do Palangkarayi – również dużego miasta. W Ketambe, żeby znaleźć się w wiosce wystarczyło przepłynąć na drugą stronę rzeki. Do miasteczka, gdzie można było zrobić względnie różnorodne zakupy jechało się godzinę samochodem lub motorem. Do Medan, który jest jednym z największych miast w Indonezji, można było dotrzeć w 8 godzin samochodem lub w godzinę samolotem. Z naszego obecnego obozu do najbliższej wioski są 3 godziny drogi łodzią motorową. Wioska jest na tyle mała i sama w sobie położona z dala od cywilizacji, że nie wiele rzeczy można w niej zakupić. Nie ma tu też sygnału telefonicznego. Żeby dostać się w zasięg sieci trzeba płynąć kolejne 4 godziny w dół rzeki, a następnie 2 godziny jechać samochodem, a i tak sygnał w Batu Empat jest tylko w jednym miejscu i to nie zawsze. Od Palangkaraji oddaleni jesteśmy o 3 dni drogi... Mimo tego mamy łączność ze światem, a daje nam ją telefon satelitarny. Służy on nam przede wszystkim do informowania o tym, jak radzą sobie orangutany i na wypadek, gdyby zaszła potrzeba wezwania pomocy. We wszystkich pozostałych miejscach, gdzie miałam okazję mieszkać sygnał telefoniczny i nawet internet były dostępne i kosztowały o niebo mniej niż dwu minutowa rozmowa z telefonu satelitarnego...

Zdecydowanie moje obecne miejsce pobytu jest najbardziej dzikie, oddalone od cywilizacji i podstawowe, w zakresie warunków życia, ze wszystkich, w których byłam do tej pory. Tak jak pozostałe obozy ma swój urok. Bycie w takim miejscu to fantastyczne uczucie, bo niewiele już takich zostało, gdzie w koło tylko las... Piękny, pierwotny, jeszcze nie naruszony las... aż po sam horyzont :).

 Kuchnia 
// 
The kitchen area

Sypialnia - ryżowe łóżka 
// 
Sleeping area with the rice sacks beds

--

Our camp is pretty basic, but we have such a facility such as a power generator. In fact, this is a place of contrasts. We have, for example, cement helicopter landing pad, but we sleep on a rice sacks beds under a sort of huge tent. Beds are placed above the ground what you can see on the photo. We bath in the river that also serves us as a source of drinking water (after boiling). The river is quite large, and during the rainy season which we are in at the moment can change rapidly. At higher water level and increased current speed bathing becomes more difficult, especially for me. As the only girl in this group and, in principle, as the opposite sex, I must be fully dressed and covered at all times. This also applies to the bath. Therefore, wrapped in a sarong I spend most of the effort and time to keep that piece of clothing on me, that it is not being taken off  me by the current. The first thing I will buy as soon as I get to the city will be shorts, knee high of course, that I would not offend my colleagues.

During my previous stay in Indonesia I planned to compare the living conditions in various camps in which I had the opportunity to live longer or shorter. I never did that, so this is a good moment. Comparison will refer to the research stations in Sebangau - Borneo, Tankgoko - Sulawesi, Ketambe - Sumatra, and of course the one where I live now - Bukit Batikap in Borneo.

Electricity we did have everywhere. However in Sebangau and Tangkoko it came partly from solar panels while in Ketambe and here electricity comes from the gasoline-powered generator. In each place we have it on for few hours at the evenings, but if necessary it can also be switched on during the day.

Bathrooms or to be precise mandis we used to have in all of these camps except this one. Assigned bath room where there isno need to take a shower fully dressed. In this respect, the most luxurious was Ketambe because mandi were in each of the houses, so everyone had their own private one. In Sebangau and Tangkoko mandi was common, but still there was one. In addition, all the stations were located near water. In Ketambe we also had a river, which served as a place for recreational swimming rather than daily bath. In Sebangau though river was further away from camp, but still close enough to go for swim from time to time. In Tangkoko we did not have river, instead 10 meters from the station where we lived, we had the sea and nice beach. That on our days off made us feel like we were on holidays!

Cooking is one of the things which is very different here than in other places. Well, in all stations we had cooks who cooked for us, some better some worse but they did. Meals were always ready both in the morning before we were leaving for the forest and in the evening when we were back. The greatest meals were served in Tangkoko, as nowhere else the food there was fantastic and everyone, regardless of tastes and diet requirements have always found something for themselves. I must also mention that everywhere fact that I do not eat meat was taken into account during food preparation. Even in Ketambe girls tried to remember not to fry vegetarian food on the same oil as they first fried fish on. Here in Batikap we do not have anyone to cook for us yet and we do it ourselves. Sometimes I have to prepare my breakfasts and lunches myself, mostly on days when I go out into the forest before 5 am. However, in other days when I am working at more reasonable time, my colleagues always prepare something special for me. They usually make fried or cooked vegetables (mainly potatoes and sometimes carrots or beans from the cans) and eggs. As I very much appreciate vegetables I try to avoid eating eggs. I just feel like I can’t eat much more eggs after having them three times per day over a month in Ketambe. Two years passed already but the trauma didn’t :).

Next on the list is accommodation. At this point the difference between our present camp and the others is probably the biggest. Everywhere I had a roof over my head and walls around me. Here our personal space is limited to the bed size. A roof is a plastic sheet that protects us from rain. However, with very heavy rainfall it is leaking a bit, so I have to admit that I appreciate more and more such a basic thing like having roof above my head. In addition, in Tangkoko and Ketambe I slept on a real bed, in Ketambe even on a comfortable mattress. In Sebangau we slept on the mattresses on the floor. Here we do on rice sacks beds. These are comfortable but on a long term basis become tiring. All because they are narrow, thus forcing, as I call it, the coffin sleeping position. For someone who gets the best rest in an embrio position, rice sacks bed is not exactly a dream come true.

Another major difference is our distance from civilization. In Tangkoko the nearest village was located about 15 to 20 min motorcycle drive. In a little over 2 hours you could get to Manado - a big city, where you can buy almost everything. From Sebangau to the nearest village you had to take a sort of “train” and then boat which took about 40 minutes, in another 20 minutes drive you could reach Palangkaraya - quite big city. In Ketambe you just needed to cross the river to find yourself in the village. To the nearest town, where you could do reasonable shopping it took one hour ride by public car or little less than hour by motorcycle. Medan, which is one of the largest cities in Indonesia, could be reached in 8 hours by car from Ketambe or in one hour by plane. From our present camp to the nearest village you need 3 hours by speedboat. The village is so small and situated away from civilization that there are not many things you can buy there. To find phone reception you need to go down the river another 4 hours and then drive two hours to Batu Empat. If you lucky you can send text message from there. There is one particular spot to do so - this fallen tree which you can easily recognize as there are many people standing on it with their mobile phones usually at the evenings as apparently then it works best :). We are as far as 3 days travel from Palangaraya. Nonetheless, we are still able to communicate with outside world via satellite phone. We use is mainly to report the orangutan progress in coping with new environment but it is also to be used in case of emergency. In all other places where I've lived we had phone reception as well as internet access. Even if limited it never cost that much as two minute conversation via a satellite phone.

Definitely my current place of residence is the most wild, remote and basic in term of the living conditions of all I lived before. But like all other camps it has its charm. Being in such a place is a fantastic feeling! It is not many places like this remining where there is only forest around... Beautiful, primary and still undisturbed forest ... right up to the horizon all around wherever you will look :).