czwartek, 29 marca 2012

Pozwolenia // Permits

Powróciłam do cywilizacji, żeby dopełnić niezbędnych formalności. W pierwszej kolejności udałam się do Singapuru odebrać moją roczną wizę. Pobyt w mieście okazał się nad wyraz przyjemny, a Singapur wbrew oczekiwaniom naprawdę polubiłam. Głównie dlatego, że w niczym nie przypomina Jakarty, jest czysty, nie sposób się w nim zgubić no i liczba wegetariańskich restauracji jest ogromna :). Po bardzo przyjemnych trzech dniach, bo tyle zajęło mi uzyskanie wizy wróciłam do Jakarty, gdzie musiałam otrzymać całą masę pozwoleń. Ku mej radości zajęło mi to wyłącznie 2 dni robocze, co jest miłą odmianą po tym jak dwa lata temu na ten sam zestaw dokumentów czekałam dobrze ponad miesiąc. Weekend przeczekałam w Bogor i po odebraniu ostatnich pozwoleń  przedwczoraj przyleciałam do Palangkarayi. Z lotniska od razu udałam się do urzędu imigracyjnego, gdzie  wczoraj zrobiono mi zdjęcie, pobrano odciski palców i wydano dokument stwierdzający, że jestem zarejestrowana. Co prawda samo pozwolenie fizycznie nie jest jeszcze gotowe, ale wystarczy mi dokument stwierdzający, że mi je przyznano. Następnie udałam się na policję, gdzie również pobrano moje odciski palców i tym sposobem zakończyłam proces! W sumie 4 dni, tylko tyle trzeba było, żeby uzyskać wszystkie pozwolenia niezbędne do wyjazdu do lasu! W porównaniu do poprzedniego razu gdzie na komplet wszystkich dokumentów musiałam czekać blisko 6 miesięcy wynik jest imponujący! Wszystko dzięki osobom, które mi pomagały. Okazuje się, że można przez ten długi proces przejść sprawnie jeśli pomaga nam osoba kompetentna i zaangażowana. Tym razem miałam to szczęście :).

Mam już wszystko, co potrzeba więc jutro mogę ruszać w drogę do obozu. Tym razem zamiast 3 dniowej podróży polecę samolotem i helikopterem, żeby zdążyć na następne uwalnianie orangutanów. A to już wkrótce! Także trzymajcie kciuki i za mnie i za nie :). Losy orangutanów, które lada dzień wrócą do lasu będzie można śledzić na blogu fundacji: http://goingback2dforest.wordpress.com/.

Oczywiście postaram się uaktualnić blog i publikować nowe posty tutaj jak tylko będę mieć okazję, czyli pewnie za jakieś dwa miesiące. I chociaż pobyt w mieście udany: dobre jedzenie, odpoczynek i kontakt ze światem to tęskno mi już za lasem :).

--

I returned to civilization, to complete the necessary formalities. At first I went to Singapore to pick up my one-year research visa. My short stay in the city proved to be extremely pleasant, and suprisingly I found Singapore nice and I really liked it. Probably because first of all it is nothing like Jakarta. Singapore is clean, it is not easy to get lost there and most important there are so many great vegetarian and vegetarian-indian restaurants, so I loved it :). After three days, because that long it took me to get the visa, I returned to Jakarta, where I had to go through the long process of obtaining all necessary permits. I just said long process but this time it took me just 2 working days! Which is a nice change after last time. Two years ago for the same set of documents I had to wait over a month. After receiving final documents I arrived in Palangkarayi two days ago. From the airport I went straight to the immigration office, where I filled some forms and my picture was taken as well as my  fingerprints. I received a document which allows me to travel and states I compleated the registration. Although the passport with the permit is not physically ready yet, the document I got is all I need to go back to the jungle. Then I went to the police where one of the officer took my fingerprints and after that I was done, I completed the process! In a total of 4 days!  Compared to my previous stay when for the same set of documents I had to wait nearly six months this result is just very impressive! Anyway ir seems that it is possible to go through this process smoothly and fast. It just depends a lot on the people who are helping you. This time I was very lucky to meet competent and devoted people who made sure I will be able to go back to the forest and be there for the secod orangutan release,

We are leaving tomorrow. This time I will take the flight to Puruk Cahu and fly by helicopter from there together with orangutans, which are going to be released very soon. Yes, I am very excited :). So keep your fingers crossed for me and for the orangutans :). You can follow the release and read the stories about how orangutans are adopting to their new home here: http://goingback2dforest.wordpress.com/


I will of course try to keep this blog updated but for obvious reasons I won't be able to publish here before I come back to the city again so, I guess, in about two months. It had a good time for the past two weeks. I really appreciated the great food, ability to get some rest and catch up with my family and friends but now is time to go back to the forest. I miss it already :)

środa, 28 marca 2012

Powrót do miasta // On the way back to town

Następnego dnia po powodzi, z samego rana mieliśmy wyruszyć w drogę powrotną do Palangkarayi. Poziom wody opadł pomimo tego, że w nocy znów padało. Gdy się obudziłam deszcz już ustawał. Tak zwykle bywa. Pada w nocy, a przed 8 zwykle przestaje. Niestety, po śniadaniu znów zaczęło padać i to z minuty na minutę coraz mocniej. Nie mogliśmy dłużej czekać, więc ruszyliśmy łodziami w dół rzeki w deszczu, przekonani, że za chwilę przestanie. Po 2 godzinach dotarliśmy do Tumbang Tohan. Deszcz nie ustał, zamienił się za to w solidną ulewę. Zrobiliśmy krótką przerwę na kawę, która nieco nas od środka ogrzała i musieliśmy ruszyć w dalszą podróż. Po kolejnych 3 godzinach deszcz w końcu ustał. Przez ostatnie 30 minut na łodzi wiatr nas nawet względnie osuszył. Dotarliśmy do Camp B gdzie już czekały na nas samochody. Wyszło słońce i w drodze do Batu Ampar wyschliśmy już zupełnie. Wszystko szło sprawnie. Podróż pomimo tego, że z uwagi na deszcz trudna i wyczerpująca przebiegała nadzwyczaj szybko. Wszystko dlatego, że płynęliśmy w dół rzeki, która po deszczach mocno wezbrała, co przełożyło się na prędkość. Do czasu. Na 20 minut przed celem tj. Batu Ampar samochody stanęły. Podniosłam głowę, żeby zobaczyć co jest grane i mym oczom ukazała się rzeka. Rzeka, która przecinała nam drogę. Rwąca, szeroka rzeka, której słowo daję w drodze do obozu tu nie było! Po obu jej stronach stały samochody. Kierowca wyjaśnił, że w nocy padało i oto skutek. Powiedział, że musimy czekać aż poziom wody opadnie. Była 16.00 gdy się zatrzymaliśmy. Po 2 godzinach woda owszem nieco opadła, ale nie wiele. Część z osób przeprawiła się na drugi brzeg przechodząc, ale co z tego jeśli samochody zostały. Łatwiej mieli ci na motorach, kilka osób było w stanie je przenieść. Pomyślałam, że będziemy musieli wrócić do Camp B i spróbować następnego dnia. To oczywiście nam wybitnie nie pasowało, bo mieliśmy już kupione bilety na samolot (ja miałam lecieć lada dzień do Singapuru).

W ciągu kolejnych 15 minut zaczęło się ściemniać i jeden z kierowców podjął decyzję, że spróbuje przejechać. Wydało mi się to niemożliwe do wykonania, ale co ja wiem :). Kierowca zdeterminowany kazał nam przejść na drugą stronę. Skrupuły miał tylko co do mnie. Bo z jednej strony nie chciał, żebym się zmoczyła, a z drugiej wyjątkowo nie chciał mnie zabrać samochodem gdyż cytuję: jeśli prąd przewróci samochód i woda go porwie to zginiemy oboje. Przyznam szczerze, nie miałam ochoty znów być mokra, ale za nic nie wsiadłabym do tego samochodu. Przeszliśmy wszyscy, stanęliśmy na brzegu i obserwowaliśmy co się zaraz stanie. Przyznam szczerze, że chwilami nie mogłam na to patrzeć. Pomijam fakt, że wszystkie nasze rzeczy dokument itd zostały w samochodzie. Wtedy o tym nie myślałam. Patrzyłam tylko z niedowierzaniem, że kierowca w ogóle podejmuje próbę i, że musi mieć stalowe nerwy, żeby się na to odważyć.
Przejechał skubaniec, woda sięgała połowy samochodu ale dał radę! Po raz kolejny przekonałam się, że rzeczy niemożliwe to w Indonezji zupełnie inna kategoria.

Przemoczeni od pasa w dół – zwłaszcza ja, bo panowie sprytnie pościągali spodnie, co mnie oczywiście nie wypadało, wsiedliśmy do samochodu i po 20 minutach jedliśmy już kolację w Batu Ampar. Było już ciemno gdy wsiadaliśmy na motorówkę. Przez chwilę mieliśmy nadzieję, że zabierze nas ona prosto do Puruk Cahu, ale właściciel łodzi odmówił. Ponieważ było już ciemno, a rzeka niosła ze sobą olbrzymie ilości połamanych drzew, gałęzi itp, uznał że wyprawa jest zbyt niebezpieczna. Co znaczy, że istnieją w tym kraju granice bezpieczeństwa i najwyraźniej wcześniejsza przeprawa samochodu przez rzekę się w nich mieściła.

Noc spędziliśmy w pływającym hotelu. Byłam zachwycona: zamykane mandi, prawdziwe łóżko, czego chcieć więcej? I wtedy pomyślałam, że pewnie moja rodzina i wszyscy znajomi uznaliby, że coś ze mną nie tak jeśli to miejsce, gdzie spędziliśmy noc uznałam za luksusowe :).

Następnego dnia już o 5tej rano płynęliśmy w dół rzeki do Puruk Cahu, skąd przesiedliśmy się na samochód. Tym razem droga do Palangkarayi zajęła nam 12 godzin. Pamiętna poprzedniej jazdy przepytałam wszystkich kolegów, czy źle znoszą jazdę samochodem. Tylko jeden z trzech powiedział, że nie ma kłopotów żołądkowych w czasie jazdy. Oczywiście wybrałam jego. Już w pierwszych 20 minutach jazdy się rozchorował...

Rzeka powstała na skutek deszczu. 
Za widoczną na zdjęciu kłodą głębokość wody dochodziła do ponad metra. 
Wcześniej istniejąca w tym miejscu w miarę utwardzona droga
 została rozmyta przez silny prąd. 
//
River which appeared after a rain. 
In a middle of it, behind the log the water level reached over a meter.



Pływający hotel
//
Floating hotel

--
The day after the flood, in the morning, we were leaving for Palangkaraya. The water level dropped despite the fact that at night it rained again. When I woke up the rain has stopped. That usually happens. It rains at night and stops before 8 am. Unfortunately, after breakfast, it started to rain again more and more by the minute. We could not wait any longer so w we went by boat down the river under the rain hoping it will stop soon. After 2 hours we reached the Tumbang Tohan village. The rain did not stop instead it turned in a solid downpour. We took a short break for coffee, which has slightly warmed us up from the inside, and then we continued the trip. After another three hours the rain finally stopped. During last 30 minutes on the boat the wind dried us up a little. We got to Camp B and change for cars. Everything was going smoothly. Trip, even though exhausting, was very quick. That's because we traveled down the river but also because water level rose due the heavy rain. At 20 minutes before the destination which was Batu Ampar cars stooped. I looked up to see what is going on and what I saw was a river. Wide and fast flowing river which was not there on our way to the camp 3 weeks ago!
On each side there were cars waiting. The driver explained that this is an effect of one night long, solid rain. He said that we have to wait until the water level drops to the level which will make it possible to cross. It was 4 pm when we stopped. After 2 hours the water had dropped indeed but just slightly. Some people crossed to the other side carrying their motorcycles but cars were still immobilized. I thought that we would have to return to Camp B and try the next day. This of course did not suit us remarkably, because we had already bought plane tickets (I had to fly to Singapore very soon).
Within next 15 minutes it started to get dark so one driver decided he'd try to cross. I thought that was impossible to do, but what do I know :). Determined driver told us to go to the other side. He didn’t really want me to go by foot as he wanted to save me getting wet again but he also didn’t want to risk. He explained that he is afraid to take me by car because, and here is a quote: car may fall over, be taken with the current and then we both die. Frankly, I did not want to get into this car in the first place. I seriously didn’t believe it is possible. So we all crossed and stood on the other side watching what was going to happen. It was scary. I watched in disbelief what the driver is about to do. Well I didn’t really want to watch it but I bet you know that feeling when something is so unbelievable that even you don’t want to see it you look anyway? He managed to cross. Water reached half of the car’s height but he did it! Once again, I found out that the impossible in Indonesia fall into completely different category.

Wet and cold again - especially me, because guys were smart enough to take off their pants (I couldn’t obviously, for the same reason I take shower fully dressed) we got into the car and 20 minutes later ate dinner in Batu Ampar. It was dark when we got on the speedboat. For a while we hoped that it will take us straight to Puruk Cahu, but the boat owner refused. Because it was dark, and the river carried many broken trees, branches, etc., he informed us that such a long trip is too dangerous and he can only take us to nearest village. That would mean that there are some safety limits and apparently the car crossing the river earlier that day did not qualified for being too dangerous :).

We spent the night in a floating hotel. I was delighted to take shower in closed mandi and sleep in real bed, what more could I want? And then I thought that probably all of my family and friends would think I am crazy to consider this place as an luxury one :).

Next day we continued with speedboat to Puruk Cahu from where we took the car to Palangkaraya. This time it took as 12 hours. Before we got into the cars I interviewed all guys to find out who is getting car sick. Only one said he doesn’t so of course I choose him. Once we left Puruk Cahu I already knew that my choice wasn’t good. Taufik got sick within first 20 minutes…


niedziela, 25 marca 2012

Powódź // The flood

Obudziłam się dziś rano, dla porządku dodam że jest to środa 14 marca, i udałam w stronę miejsca, gdzie mamy toaletę. Zdziwiłam się, gdyż już w połowie drogi natknęłam się na rzekę. W pierwszej chwili nie wiedziałam co jest grane. Należę do tych osób, które pomimo osiągnięcia pozycji pionowej z samego rana, do pełnej sprawności potrzebują też solidnej dawki kofeiny. Dlatego dopiero po 30 sekundach dotarło do mnie, że rzeka w wyniku nocnej ulewy podniosła się do tak wysokiego poziomu, jak jeszcze nigdy wcześniej. Wypiłam poranną kawę, dokończyłam czytać książkę i zaczęłam rozglądać się po obozie. Okazało się, że woda podchodzi nas także od drugiej strony i pomimo faktu, że deszcz już dawno ustał, jej poziom wciąż się podnosi...

Moim zadaniem dziś było wyszukać jedną z samic orangutanów. Ponieważ w wyniku deszczu chodzenie po lesie zostało delikatnie mówiąc utrudnione, wybraliśmy się łodzią w górę rzeki sprawdzić, czy natkniemy się na sygnał któregoś z wypuszczonych orangutanów. Wyprawa łodzią choć przyjemna, nie przyniosła rezultatów, co więcej, okazało się, że zejście na ląd powyżej obozu jest niemal niemożliwe. Po dwóch godzinach wróciliśmy do obozu. Ku memu zaskoczeniu okazało się, że woda otacza nas już bardzo ścisłym kręgiem z każdej strony, a w niektórych miejscach wkroczyła wręcz do obozu, ot choćby pod moje ryżowe łóżko. Niestety jej poziom wciąż się podnosił... Co prawda część z nas, w tym i ja, jutro wybiera się w drogę do Palangkarayi, to jednak nie zmienia faktu, że wszystkim nam zależy, żeby woda wreszcie zaczęła opadać i nie podtopiła nam wszystkiego.
Ta postępująca powódź utrudnia nam również pewne istotne prace konstrukcyjne. Otóż wczoraj wieczorem przybył do obozu człowiek, który ma nam doprowadzić wodę pitną, tj. wodę gruntową. Taką, której po pierwsze nie będziemy musieli gotować, a po drugie, która będzie przejrzysta i bezbarwna. Tą, którą pijemy teraz czerpiemy z rzeki, a jej kolor przypomina kolor średnio zaparzonej herbaty. Ponieważ ten człowiek musi jutro opuścić obóz pracuje mimo niesprzyjających warunków. To jedna z istotnych zalet Indonezyjczyków, nie przestają pracować z byle powodu, ba nie przestają nawet z tych poważnych. Ich pomysłowość i zaradność jest chwilami zaskakująca. Poniżej kilka zdjęć na dowód.

Około godziny 15:00 poziom wody przestał się podnosić, prawie dokładnie w chwili, gdy znów zaczęło padać... Cóż prawdziwa pora deszczowa :).

Jeśli się dobrze przyjrzeć można zauważyć, że z tyłu błyszczy się woda :) 
//
If you look carefully you will notice water behind the pondok.

Czasem, jak tego dnia, szukać orangutanów można wyłącznie z łodzi, 
gdyż inne opcje poruszania się po lesie są niemożliwe.
//
Sometimes we can look for orangutans only from the boat 
because walking in the forest is not really possible.
(photo by Simon)

Poświęcenie z jakim prowadzono pracę by wyposażyć obóz w ujęcie wody pitnej.
//
Dedication with which the work was carried out to supply the camp 
with direct access to drinking water.

Ja obok mojego ryżowego łóżka. To jeden z powodów dla których są one umieszczone nad ziemią.
//
Me next to my rice sacks bed, here is one of the reasons why these are above the ground. 
 (photo by Simon)

To się nazywa pracować w trudnych warunkach.
//
Work under not necessairly the easiest conditions.
(photo by Ahmat)

Woda wkraczająca na teren kuchni. 
Dla jasności dodam, że rzeka znajduje się po drugiej stronie obozu.
//
Water dangerously close to the kitchen area. 
For the record - river is on the other side of the camp.
(photo by Ahmat)

Pod tą płachtą zwykle stał generator prądu, a rzeka zazwyczaj płynie ok 15 m poniżej.
//
Under that white "roof" we used to keep power generator. 
Normally the river is 15 m away down the sloop.

Ekipa w komplecie (z wyjątkiem Ahmata, który zrobił zdjęcie)
//
The Team 
(photo by Ahmat)

--

I woke up this morning, for the record it is Wednesday 14 March, and I went toward the place where we have a toilet. I was surprised because in half way I came across a river. At first I did not know what is going on. I am one of those people who despite reaching vertical position in the morning are not fully awake until having a solid intake of caffeine. So it took me 30 seconds to realize that the river rose over night, as a result of heavy rain, and reached as high water level as never before. I had my coffee and finished reading the book, then started to look around the camp. It turned out that water come from the other side as well, and even though the rain stopped few hours ago, its level continues to rise...

My job for today was to find one of the female orangutans. Because of the flood walking in the jungle was just too difficult. Instead we went by boat up the river to see if we will catch a signal of any of our released orangutans. Boat tour though pleasant, did not bring results. Moreover we couldn’t find a good place to enter the forest by foot. After two hours we returned to camp. To my surprise, it turned out that the water was now entering our camp and still rising. Even though some of us, including me, tomorrow suppose to leave the camp and go to Palangkaraya we still wished for the water to drop as soon as possible.

The day of the flood we also had some serious construction work happening in the camp. Last night a man came to the camp to get us a drinking water access. Meaning that first, we will not have to boil water any more, and second, that is going to be clear and colorless. The water we drink now is taken from the river and its color resembles the color of brewed tea. Because this man has only one day to finish his job he is forced to work regardless the difficult conditions and, what even more important, he does and everyone is helpinghim. This is one of the advantages of Indonesians, they do not stop working even if the work is almost impossible to be completed because of, like in this case, weather circumstances. Their ingenuity and resourcefulness is sometimes surprising.

Eventually at 3 pm water level stopped rising just about the time when it started to rain again... Well what can I say, it is a real rainy season :)