środa, 21 marca 2012

Pierwsze Orangutany wróciły do lasu! // First Orangutans are back in the forest!

Pierwsze wypuszczenie orangutanów odbyło się 28 lutego. Do lasu wróciły trzy samice: Astrid, Monic i Tantri oraz jeden samiec - Tarzan. Wszystkie zaraz po otwarciu klatek wspięły się na drzewa. Wszystko przebiegło sprawnie i co najważniejsze orangutany mają się dobrze. Monitorujemy ich postępy w przystosowywaniu się do życia na wolności. O tym jak sobie radzą możecie przeczytać tutaj: http://goingback2dforest.wordpress.com/.

Dzień wypuszczenia orangutanów 
// 
The day of orangutan release 
(photo by Agus)

Przenoszenie klatek w wyznaczone miejsce 
// 
Bringing the cages to the release point

W domu! 
//
Back home!

Tarzan

--

The first release of orangutans was held on 28 February. Four orangutans were returned to the forest, three females: Astrid, Monic and Tantri and one male - Tarzan. All of them climbed the trees immediately after cages were open. Everything went smoothly and most importantly, orangutans are doing well. We are monitoring their progress in adapting to the forest life on the daily basis. You can read more about it here: http://goingback2dforest.wordpress.com/.

wtorek, 20 marca 2012

Rytuał Manyanggar // Manyanggar Ritual

Następnego dnia, po, co trudno nazwać przespanej nocy, znów piłam obrzydliwie słodką kawę zastanawiając się, czy wczorajsza impreza już się skończyła i właśnie zaczyna nowa, czy ta wczorajsza wciąż trwa? Poza tym próbowałam dojść do tego czyj to dom, w którym każdy czuje się jak u siebie. Z moim wciąż mocno ograniczonym zasobem słownictwa odbyłam kilka krótkich rozmów i przysłuchiwałam się dyskusji na temat rytuału, który miał się odbyć następnego dnia. Zdołałam zrozumieć, że będzie to duże wydarzenie. Lista rzeczy do przygotowania obejmowała między innymi krowę, kozę, świnię, kilka kur i znacznie więcej ryb. Ucieszyłam się, że jeszcze tego samego dnia mieliśmy ruszyć do obozu. Z jakiegoś powodu byłam pewna, że rytuał odbędzie się w wiosce. Jakież było moje zdziwienie, gdy na brzegu do którego dobiliśmy stała krowa. Różne zwierzęta zwykle żyją na terenie obozów tego typu, lecz zwykle są to koty, kury, czasem świnie, które zjadają odpadki, krowę widziałam po raz pierwszy. Nie zastanawialam się nad tym głębiej, do czasu aż usłyszałam dlaczego nasz obóz jest tak wielki. Otóż, żeby pomieścić wszystkich, którzy przybędą na uroczystość. W odpowiedzi na moje pytające spojrzenie usłyszałam, że cała wioska jest właśnie w drodze do obozu, bo rytuał odbędzie się tutaj. Przypomniała mi się lista obejmująca sporo zwierząt i ta krowa u brzegu rzeki... Zamarzyłam, żeby dziś wieczór być gdzieś indziej. W ciągu kilku godzin obóz się nam zaludnił, zrobiło się głośno i zupełnie nie tak jak powinno być w odciętym od świata, położony pośród dżungli miejscu. Zacisnęłam zęby i postanowiłam przeczekać, jutro to miejsce odzyska spokój.

O zmroku zaczął się rytuał, który miał potrwać do południa następnego dnia non-stop. Najpierw odbyła się rzeź niewiniątek, to jest zabicie kolejno wszystkich przywleczonych tu zwierząt. Zaszyłam się w odległej części obozu i stanowczo odmówiłam uczestnictwa w tym procederze. Ku memu zaskoczeniu dołączyło do mnie kilka starszych kobiet, ale także trzech mężczyzn, którzy nie mieli ochoty oglądać przelewanej krwi. Oszczędziliśmy sobie wrażeń wzrokowych, niemniej zarzynane zwierzęta wydają odgłosy, a przed tym nie było gdzie uciec. Na samo wspomnienie przechodzą mnie dreszcze... Nie będę się rozpisywać nad tym jak okropne było to przeżycie myślę, że nie trudno to sobie wyobrazić, zwłaszcza tym, którzy mnie znają. Gdy zwierzętą zostały kolejno pozbawione życia, ich krew została utoczona do osobnych naczyń. W chwilę potem w centrum obozu postawiono coś w rodzaju drewnianego totemu. Przed nim rozłożono matę na której ułożono wszystkie naczynia z krwią, jak również ryżem i wodą. Zostaliśmy wszyscy zaproszeni by usiąść w kręgu. Zaczęła się kolejna część rytułału. Odprawiono coś w rodzaju modłów. Każdy dostał do wypicia kubek alkoholu i został namaszczony wodą i ryżem. Ta część nie przysporzyła mi trudności ;) niemniej w obawie przed kolejnym namaszczaniem, tym razem krwią oddaliłam się z kręgu pod pretekstem robienia zdjęć. Gdy i ta część dobiegła końca rozpoczęła się część taneczna. Włączono tradycyjną muzykę i zostaliśmy zaproszeni do tańca wokół totemu. Te tańce, ale też gotowanie odbywały się całą noc, o czym dowiedziałam się rano. Ja dotrwałam może do północy. Pójście spać było jedyną opcją, by uniknąć kaca. W magiczny sposób dosięgały mnie wszystkie kolejki, nawet, gdy strategicznie znikałam w odpowiednim czasie. Żeby chwilę odpocząć od całego zmieszania udałam się nad rzekę. przypadku jest rzeka. Po drodze natyknęłam się na leżące na ziemi głowy niedawno zarżniętych zwierząt. W drodze powrotnej niemal się o nie potknęłam. Moje usilne starania w kierunku wyparcia z pamięci niedawnych wydarzeń zdały się na nic. Zdecydowałam więc pójść spać z nadzieją, żę rano głowy i w ogóle wszelkie zwłoki lub ich pozostałości znikną. Większość z gości nie położyła się spać. Jak nakazuje tradycja w ciągu nocy męzczyźni wybudowali dom dla dusz. Następnego dnia w południe odbyła się kolejna ceremonia, która obejmowała poświęcenie miejsca, pogrzebanie głów zwierząt i mowy wszystkich ważnych przedstawicieli tutejszej społeczności, którzy prosili o błogosławieństwo dla projektu, orangutanów, obozu i nas w zamian za złożone ofiary. Wszystkiemu towarzyszyło spożycie dużej ilości wspomnianego już napoju alkoholowego – Araku.

Całe wydarzenie, które w lokalnym języku nosi nazwę Manyanggar miało olbrzymie znaczenie dla projektu. Manyanggar jest najważniejszym rytuałem w starożytnej tradycji Dayaków Ngaju odbywającym się na cześć lub w celu wyrażenia wdzięczności dla Stwórcy i mieszkańców wszechświata, w szczególności ich przodków i innych dusz zamieszkujących las. Oddawanie czci duchom lasu służy wyrażeniu szacunku dla nich, gdyż bez nich, wszystkie aspekty życia nie mogłyby działać w harmonii. Wiara w istnienie duchów i dusz leśnych powoduje, że lokalna ludność nie podejmuje działań w lesie bez wcześniejszego uhonorowania jego mieszkańców i uzyskania ich błogosławieństwa. Fakt, że mieszkańcy obu pobliskich wiosek przybyli do obozu i odprawili ceremonię był wyrazem ich akceptacji dla przywrócenia orangutanów do tego lasu. Fakt, że lokalni mieszkańcy popierają działania BOS jest niezmiernie ważny, jesli nie kluczowy, dla projektu. Bardzo budujące było zobaczyć jak przedstawiciele fundacji właściwie żyją z tymi ludźmi, poznając ich kulturę, obyczaje i wierzenia, jednocześnie edukując i zwiększając świadomość potrzeby ochrony orangutanów i lasu jako całości. Jestem przekonana, że właśnie praca u podstaw, w terenie i wśród ludzi jest w stanie doprowadzić do oczekiwanych zmian!

Spotkanie w wiosce // Meeting in the village

Przygotowania do rytuału // Ritual preparation

 Pierwsza część ceremonii // First part of the ceremony

Tańce // Dance 

Ostatnia część ceremonii - 
zakopanie głów złożonych w ofierze zwierząt przed domem dusz. 
//
 Final part of the ceremony - 
burial of the heads of sacrificed animals in front of the spirit's house.

Nasi goście // Our guests 

--

The next day, after what you could hardly call a good sleep, I was again drinking horribly sweet coffee wondering if yesterday's event is over and new just started or if this is still the same one going on? I also tried to figure out whose house was it, where everyone felt so much like at their own home. With my still very limited vocabulary I had a few short conversations and listened to discussions about the planned ritual, which was scheduled for the next day. I managed to understand that it will be a big event. The list of things to be prepared included among others: cow, goat, pig, some chickens and a lot more fish. I was thrilled that the very same day we had to move to the camp. For some reason I was sure that the ritual will be held in the village. Imagine my surprise when, on the side of the river next to our camp I saw a cow. Different kinds of animals usually live in the research stations and camps, but there are usually cats, chickens, sometimes pigs that eat food leftovers, but cow I have seen for the first time. I didn’t really think much about it until I heard why our camp is so big and why there is so many rice-sacks beds prepared. Apparently, to accommodate all guests who will come to attend the ceremony. I was informed that the whole village is on its way to the camp because the ritual will take place here. I remembered the list of animals and the cow in the riverbank ... I suddenly dreamed of being somewhere else today. Within hours, camp became a very busy place. Not exactly what one would imagine it should be like in the place cut off from the world and surrounded by jungle. I clenched my teeth and decided to wait until tomorrow when this place will regain its peace.

At dusk the ritual began and was planned to last until next day non-stop. First was a massacre – all animals brought to the camp were successively killed. I stayed as far from that as possible and strongly refused to participate in this procedure. To my surprise a few older women but also the three men joined me as they also had no desire to watch the shed blood. We've saved ourselves the visual sensations, but we could not avoid the sounds made by slaughtered animals, unfortunately. Even now the mere mention makes me shiver... I will not write how awful it was as I think it's not hard to imagine, especially for those who know me. When the animals were subsequently deprived of life, their blood was collected into separate dishes. A moment later in the center of the camp a sort of wooden totem was set up. We were all invited to sit in a circle. Second part of the ritual started. The most important men run this part of ceremony and prayed in local Dayak language. Everybody got to drink a cup of alcohol and was anointed with water and rice. I didn’t have problem with this part ;) but in fear of another anointing, this time the bloody one so I left the circle under the pretext of taking pictures. When this part came to an end the dance began. We were invited to dance around the totem. These dances and cooking lasted all night, as I learned the next morning. I only stayed up until midnight. Going to sleep was the only option to avoid a hangover on the next day. In some kind of magical way I was always found to have my shoot even if I strategically disappeared when my turn was about to come. I took a walk to the river to escape the noise at least for a moment. But on my way there I went across the heads of recreantly killed animals. And on the way back I almost stepped into it as they were moved around and placed on the ground in a dark spot. My best efforts to erase the memory of recent events did not work under this circumstance. I decided to go to sleep, hoping that on the morning all of the heads and any other pieces of dead animal bodies will disappear. I was one of the few people who went to sleep that night. According to the tradition during the night, the men built a house for the spirits. The next day at noon there was another ceremony, which included both the dedication of the house to the spirits and the burial of animal heads. There were several speeches given by all important representatives of the local community who wished us luck and gave their blessing to the project. All this was accompanied by a lot of already mentioned local alcohol – Arak.

This ritual, which in the local language is called Manyanggar have enormous significance for the project. Manyanggar is the most important ritual in the ancient tradition of the Dayaks Ngaju. Dayaks believe that earth is inhabited by others not only humans, like their ancestors and other souls and spirits. The ceremony is usually held in honor of or in order to express gratitude to the Creator and the inhabitants of the universe. In our case the ritual expressed respect for the forest spirits because without them, all aspects of life could not operate in harmony. In local tradition it is very important to gain spirits blessing before performing any activity in the forest. The fact that residents of two nearby villages came to the camp and held the ceremony was an expression of their acceptance and support for the restoration of orangutan population in the forest. Support of local community is essential for the project. I was impressed to see how the representatives of the Foundation actually live with these people, get to know their culture and beliefs while at the same time educating and increasing awareness of the nature conservation issues in particular protection of orangutans and their habitat. I am convinced that it is the best way to make a change – work on the ground and among people!

niedziela, 18 marca 2012

27 luty // 27th of February

Jesteśmy w obozie już 3ci dzień. Drogę z Palankarayi udało nam się pokonać w 3, a nie zakładane 4 dni. Pierwszego, dotarliśmy do Puruk Cahu. Nasz kierowca wybrał krótszą drogę, dzięki czemu zamiast w 12, dotarliśmy do celu w 8 godzin. Pokonaliśmy w przybliżeniu dystans 500 km, z czego 3/4 stanowiła bardzo kiepskiej jakości droga powstała w przeszłości w wyniku wywózki drewna z lasu. Droga ta, sama w sobie bardzo nierówna dodatkowo wiła się między wzniesieniami. Wytrzęsło nas solidnie, do tego stopnia, że nie udało mi się nie tylko popracować na komputerze, ale nawet poczytać książki w samochodzie. Spać też nie bardzo dało radę. Słuchałam więc muzyki, nie tylko dla przyjemności ale także, żeby zagłuszyć odgłos wymiotującego całą drogę kolegi... Podróż, jak możecie sobie wyobrazić, nie należała do przyjemności i z radością witałam każdą możliwość opuszczenia samochodu, chociaż na kilka minut. Takich okazji mieliśmy kilka, z czego dwie związane były z przekraczaniem rzek, które napotykaliśmy po drodze.

Czasem droga zwyczajnie się urywa, a nie wszędzie są mosty. 
Tą rzekę przebyliśmy przy pomocy promu. Na szczęście nie był zepsuty :) 
//
 Borneo is cut by rivers so you do meet them eventually on your way. 
Not everywhere, as in this case, you can cross via bridge
 but then you can take a ferry. You just need to be lucky enough
 that ferry is not broken at the time when you want to take it :)


To już druga z rzek, na której kursował prom przeprawiając samochody z jednej na drugą stronę.
 Ten prom w odróżnieniu od poprzedniego napędzany był siła ludzkich mięśni. 
//
This is the second of the river which you cross by ferry from one to the other side. 
This ferry, unlike the previous one was human powered.



Przeprawa promem służy głównie samochodom, dla motorów zbudowano most uwieczniony powyżej.
 Nie wiem, czy odważyłabym się z niego skorzystać :). 
// 
Ferries are mostly meant to transport cars, if you drive motor and you are brave 
enough you can try your chances on the bridge like this.

Gdy dotarliśmy do Puruk Cahu było już ciemno. Przenocowaliśmy w biurze fundacji i następnego dnia skoro świt ładowaliśmy rzeczy na samochód, który podwiózł nas do miejsca, skąd mieliśmy wyruszyć w dalszą drogę łodzią. Przeładowaliśmy rzeczy i dużą motorówką popłynęliśmy do Batu Empat. Ten odcinek miał nam zająć 3,5 godziny i przy odrobinie szczęścia istniała szansa, żebyśmy zdążyli przesiąść się do następnego środka transportu. Wszystko szło sprawnie, aż do chwili, gdy na 30 min przed celem zepsuł się silnik łodzi. Zaczęło nas znosić w dół rzeki. Nikt się tym faktem nie przejął, gdyż zwykle wszelkie tego typu usterki udaje się sprytnym Indonezyjczykom naprawić od ręki. Tym razem jednak problem okazał się być większy. Po kilku próbach właściciel łodzi się poddał twierdząc, że nie da rady naprawić silnika. Przepływająca obok łódź odholowała nas do brzegu. Szczęśliwie znajdowaliśmy się blisko wioski i anteny, dzięki czemu mieliśmy jeszcze zasięg telefoniczny. W ciągu godziny udało się nam znaleźć inną łódź, na którą się przeładowaliśmy. Opóźnienie wynosiło już w tym momencie ok 2 godzin. Malały więc nasze szanse na dotarcie do wioski tego samego dnia. Przybyliśmy do brzegu Batu Empat, gdzie czekały na nas 2 samochody. Ponownie przeładowaliśmy wszystkie rzeczy i ruszyliśmy w 2 godzinną drogę do miejsca zwanego Camp B – dawniej stacjonowali tu ludzie zatrudnieni w firmie wyrąbującej drewno, teraz pozostała tu mała wioska. Przejazd okazał się być dość trudny. Ponownie jechaliśmy krętą, nie utwardzoną drogą, powstałą lata temu na potrzeby wywózki drewna.



Wschód słońca w Puruk Cahu 
// 
Sun rise in Puruk Cahu

Zepsuta motorówka i wymuszony postój, za to w bardzo przyjemnym miejscu. 
// 
Broken speadboat and forced break in our trip however, in the nice place.


 Droga z Batu Empat to Camp B 
//
The road from Batu Empat to Camp B



Wyprawa łodzią z Camp B do Wioski Tumbang Tohan 
// 
River trip from Camp B to Tumbang Tohan village


Do Camp B dotarliśmy ok. 14:00, zjedliśmy szybki posiłek i ku naszej radości miejscowi posiadający łodzie bez wahania zgodzili się nas zabrać do wioski Tumbang Tohan. Na miejsce dopłynęliśmy już po zmroku. Wspięliśmy się, w ciemności i z bagażami, po wysokiej drabinie do wioski. Ledwo poczuliśmy ląd pod nogami zaprowadzono nas do czyjegoś domu, gdzie mieliśmy przenocować i gdzie akurat odbywało się ważne spotkanie wszystkich liczących się mieszkańców tej i pobliskiej wioski. Ugoszczeni, nie wiem iloma porcjami przesłodzonej kawy i ciastkami odpowiadaliśmy na pytania, głównie dotyczące mnie. Jako nowa twarz zostałam wszystkim przedstawiona, zapominając imiona kolejnych osób w miarę jak przedstawiały mi się nowe. Potrząsanie rąk, uśmiechy, udzielanie w kółko tych samych informacji: „Jestem z Polski”, „Zostanę tu rok”, „Mam 28 lat”, „Nie, nie posiadam dzieci, w przeciwnym razie byłyby tu ze mną, lub mnie by tu nie było ” (drugą część tego zdania wypowiadałam raczej w myślach niż na głos :)), „Nie męża również JESZCZE nie posiadam” – tu wyjaśniam skąd to  „jeszcze”, otóż z dosłownego tłumaczenia. W języku indonezyjskim na pytania o męża, dzieci ale i inne gdzie odpowiedź jest przecząca mówi się „belum”, co oznacza "jeszcze nie”. Po mojej odpowiedzi na ostatnie pytanie większość panów, ale i pań uśmiechnęła się do mnie szeroko. W ich opinii z pewnością poszukam sobie męża wśród tutejszych, więc każdy syn w zbliżonym do mnie wieku ma szanse, co wyjaśniałoby uśmiechające się do mnie panie. Panowie, niezależnie od wieku oraz tego czy żonaci, czy też nie, także uderzyli z propozycjami. Jeszcze  nie rozkminiłam czy mają tu zwyczajowo wiele żon i którą z kolei jest być najlepiej ;). Nie zapytałam, gdyż dopytując mogłabym wzbudzić fałszywe wrażenie osoby wyraźnie zainteresowanej :). Od razu rozwieję wątpliwości wszystkich, którzy zastanawiają się dlaczego nie wyjaśniłam, że nie jestem wolna. W Indonezji taka informacja nie ma znaczenia, jeśli potencjalny chłopak, narzeczony bądź mąż nie jest pod ręką i to w znaczeniu dosłownym – tuż obok – tak, że można go pokazać.
Tak czy inaczej, po męczącej 2 dniowej podróży nie mogłam zwyczajnie wreszcie odpocząć. Wręcz przeciwnie, skoro trafiliśmy na spotkanie, należało wziąć w nim udział. Dopiero ok 23.00 udało mi się wymknąć i położyć spać. Sen jednak nie przyszedł łatwo, spotkanie, od którego oddzielała mnie wyłącznie zasłona, trwało do 3ciej nad ranem i z czasem przerodziło się w coś w rodzaju imprezy.

--
We arrived in the camp three days ago. We managed to get here from Palangakarya in the three, rather than the expected 4 days. First, we got to Puruk Cahu. Our driver chose the shorter way, so instead in 12 hours we reached the place in 8. We drove the approximate distance of 500 km. three quarters of which was done on a very poor quality, old logging road. The road was so bad that I didn’t manage not only work on the computer, but even read a book. Sleeping was also not possible as we bumped up and down in the car most of the way. So I listened to music, not only for pleasure but also to drown out the sound of the car sick Indonesian assistant, who sat next to me and did throw up all the time. So the journey, as you may imagine, was not a pleasure and I happily greeted every opportunity to leave the car, even just for a few minutes. We did have few occasions though, two of which were related to crossing rivers.

When we finally reached the Puruk Cahu it was already dark. We stayed over night at the Foundation’s office and on early morningof  the next day we continued the jurney by the speedboat to Batu Empat. This part had taken us 3,5 hours. Everything went smoothly until the 30 minutes before the final destination when the motor of boat broke down. We sort of expected that but we also expected that the driver would fix it right away. This time however, the problem turned out to be big. After several attempts to fix the engine the boat owner gave up. Within an hour we managed to find another boat to which we reloaded all the stuff we were transporting. We came to Batu Empat where we change for cars and took 2 hour drive to Camp B – a small village. The drive was quite difficult. Again, we drove the winding, no paved, old logging road.

Around 2pm we arrived in Camp B, we ate a quick meal and to our delight, the locals without hesitation agreed to take us to the village Tumbang Tohan by boats. We reached the village after dark. It took us 5 hours to get there. Right away we were invited to someone's house, where an important meeting was just taking place with all the prominent residents of this and nearby village. We were offered very sweet coffee in amount that human organism can barely tolerate.  As a new comer I was presented to everyone. I shook hands, smiled and gave the same information over and over again: "I'm Polish", "I will stay here a year", "I am 28 years old", "No, I do not have children, otherwise they would be here with me, or I would not be here" (the second part of this sentence I've said in my mind rather than out laud :)), "No I am not married yet "- here I explain that “yet” is coming from the literal translation. In the Indonesian language to questions where the answer is negative you often say "belum" which means "not yet". After my answer to the last question, most men, but women as well smiled at me. In their opinion I will certainly look for a husband among the locals, so every son of a similar age to me has a chance, which would explain smiling ladies. Gentlemen, regardless of age and whether married or not, also expressed their interest. I didn’t yet figure out whether they do have many wives here and which in order is the best to be ;). No, I didn’t ask as I could be mistaken for being really interested in. Just to explain why I didn’t say I am in relationship. You need to know that in Indonesia, this information does not matter as long as the potential boyfriend, fiance or husband is not at hand in the literal sense – next to you - so that it can be showed to everyone.
Anyway after a tiring two day journey we still could not relax. On the contrary, as we happen to arrive when the important meeting was taking place, we were invited to join it. Only about 23.00 I was able to sneak out and lie down trying to get some sleep. Sleep did not come easily – the meeting from which only a thin curtain separated me lasted until 3am. With time it turned into a kind of party with lots of local drink called Arak being consumed…